piątek, 18 października 2013

Nowy Hogwart

- Profesorze Slughorn? Mamy przynieść te szczurze ogony? Tak? - Slughorn wciąż zdumiony dziwacznością Panny Lovegood nie był w stanie odpowiedzieć, więc tylko przytaknął machając ręką gdy skocznym krokiem odwróciła się, aby opuścić pomieszczenie. Nadchodziła pora obiadu, więc korytarze zaczęły się wypełniać uczniami ze wszystkich możliwych stron. "Muszą być bardzo głodni", pomyślała Luna gdy chyba 5ta osoba popchnęła ją w drodze do wielkiej sali. Nie było w tym nic nadzwyczajnego, że uczniowie zdawali się być niespokojni i przestraszeni, ale zawsze intrygowało to Lune w tym samym stopniu. Wszyscy gorączkowo pozajmowali swoje miejsca przy czterech długich  stołach. Nikt nie śmiał spojrzeć w kierunku stołu ciała pedagogicznego, przy którym główne miejsce zajmował Profesor Snape; dyrektor Hogartu. Jego prawą i lewą stronę okalało rodzeństwo Carrow'ów. Gdy sala zapełniła się co do ostatniego ucznia drzwi zatrzasnęły się uderzając o siebie i tworząc echo które zginęło gdzieś w przestrzeni jeszcze przed tym jak dyrektor zaczął wygłaszać swą codzienną mowę.
- Nie wielu z was wie z czym wiąże się prawdziwość czystej krwi. - Przerwał i podniósł się ze swojego "tronu" by kontynuować przechadzając się w tę i z powrotem. - Niemal każde z was ma w sobie mugolską krew. Szlamowatą skaze. Brudy. - przerwał monolog, by znaleźć odpowiednie słowa do opisania tego co chciał przekazać. - Tak nie wielu nas zostało prawdziwie czystych... A jednak siedzimy tu wszyscy. - Spojrzał teraz na zgromadzonych uczniów którzy wstrzymywali oddech obawiając się w każdej chwili najgorszego. - Czarny Pan tak dla nas łaskawy postanowił ocalić wasze nic nie warte istnienia. Mugole tak opanowali świat, że to my musimy się chować. Choć to przecież do nas należy potęga. To oni powinni chronić przed nami siebie i swe rodziny, nie my. - Jego głos był bezbarwny. Oczy jak zwykle zimne i puste nie wyrażały nic. Nie słyszało się ani wściekłości, ani wdzięczności, ani pocieszenia, czy zagrzewania do walki. - Nie pozwólcie, aby swoją plagę rozprzestrzeniali wśród was umniejszając waszą czarodziejskość. - Ostatnie słowa były jakby zaakcentowane jakimś jadem. Snape usiadł, a od stołu Ślizgonów dało się posłyszeć gromkie brawa. Reszta sali poszła w ślad za nimi nie chcąc by cisza obróciła się przeciwko nim. Na stołach pojawiło się jedzenie w które aż obfitował stół postawiony przy ścianie po lewej stronie od żelaznych drzwi wejściowych. Był to rzecz jasna stół Slytherinu, faworyzowany przez obecnie panujący reżim. Zwykle uczniowie pozostałych trzech domów przychodzili na obiad tak wcześnie jak im na to pozwalały zajęcia, aby zająć miejsca oddalone od stołu zajmowanego przez nauczycieli tak bardzo jak to tylko było możliwe. Luna (mimo tego, że przychodziła jako jedna z pierwszych osób) siadała blisko owego niezbyt mile widzianego tu stołu. Powodem były niejakie udka z kurczaka, które po prostu uwielbiała, a które zawsze pojawiły się właśnie po najmniej obłapianej przez Krukonów stronie stołu.
- Ponoć złapano matkę Marianny - szepnęła Merlina z posępną miną rozglądając się po stole do Ernesta siedzącego obok niej, który westchnął i pokręcił głową, co wyrażało jego dezaprobatę na taki bieg wydarzeń. Merlina zaczęła gmerać w nałożonej sobie na talerz papce, ale nic nie zjadła. Luna siedząca na przeciwko nie przestała jeść, ale rozejrzała się po stole tak jak to uprzednio zrobiła jej koleżanka. Istotnie Marianny tutaj nie było. Lune trochę to zasmuciło i również straciła ochotę do dalszej konsumpcji. Po chwili jednak uświadomiła sobie, że jej tym nie pomorze, więc zabrała się spokojnie do jedzenia.
Po obiedzie miała czas wolny i zdecydowała, że po przechadza się po zamku. Miała cichą nadzieję, że nawet uda się jej zgubić! Uwielbiała miejsca w których można się zgubić; a zwłaszcza takie które znało się od dobrych paru lat, a mimo to nie udało się jeszcze poznać. Już parę razy zgubiła się w Hogwarcie, jednak zawsze znajdowała jakąś drogę prowadzącą do znajomego miejsca. Teraz postanowiła zgubić się naprawdę. Zgubić się tak, by z kompletną dezorientacją szukać powrotu niczym po omacku. Udała się zatem w bliżej nie określonym kierunku, a jej skoczny krok sprawiał, że torba przewieszona przez ramię brzęczała i opadała ciężko w dół wraz z każdym tąpnięciem. Lunie zdawało się to w ogóle nie przeszkadzać. Zaczęła coś sobie nucić pod nosem. Nigdy nie nuciła znanych melodii. Nie słuchała muzyki, więc też skąd miałaby jakąkolwiek znać. Nie, zawsze melodia układała się sama wypływając spod jej strun głosowych niczym z dawna wyczekiwany trans.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz