wtorek, 29 października 2013

Na pograniczu, czyli życie po śmierci.

Na pewno wielu ludzi zastanawia się co jest po śmierci. Nikt tego nie wie, większość wierzy... Poprzez religie najczęściej. Ale jedyna rzecz w którą ja wierze to wiara. Wierze, że wszystko może być prawdą, może istnieć, może być - chociażby tylko w moim umyśle - jeśli naprawdę w to wierze; czyli wierzę w wiarę. Ale nie wiem w co wierzyć jeśli chodzi o życie pośmiertne, bo czy śmierci da się wierzyć? Czy da się ufać?
Harry rozpacza po śmierci Syriusza Blacka, więc idzie do Prawie Bezgłowego Nick'a [ducha], by zadać nurtujące go pytanie...
"- Nick, czy mogę cię o coś zapytać? [...]
- Nie będę udawał, że się tego nie spodziewałem. [...]
- Czego się spodziewałeś? [...]
- Że mnie znajdziesz. [...] To się zdarza... czasami... kiedy ktoś cierpi... z powodu czyjejś... straty.
- No cóż [ ...] Miałeś rację. Chciałem cię znaleźć. [...] Chodzi o to... [...] że... umarłeś... ale wciąż tu jesteś, prawda? [...] Umarłeś, a jednak z tobą rozmawiam... Możesz sobie chodzić  po Hogwarcie i w ogóle, prawda?
-Tak [...] Chodzę i rozmawiam, tak.
-Więc wróciłeś, prawda? Ludzie mogą stamtąd wrócić? Jako duchy? Nie muszą znikać na zawsze. Zgadza się? [...]
-Nie każdy może wrócić jako duch. [...] Tylko... tylko czarodzieje. [...]
-Wspaniale, bo osoba, o której mówię, jest czarodziejem. Więc może wrócić, tak? [...]
-On nie wróci. [...] Syrisz Black.
-Ale ty wróciłeś! [...] Wróciłeś... umarłeś, ale nie zniknąłeś...
-Czarodzieje mogą pozostawiać po sobie na ziemi ślad, mogą błąkać się jako duchy po miejscach, po których chodzili za życia [...] ale niewielu obiera tę drogę. [...] On nie wróci [...] On pójdzie dalej.
-Co to znaczy "pójdzie dalej"? [...] Dokąd? Posłuchaj... co się dzieje, jak ktoś umiera? Dokąd się idzie? Dlaczego nie każdy wraca? Dlaczego tu się nie roi od duchów? Dlaczego...
-Nie mogę ci powiedzieć. [...] Lękałem się śmierci [...] Wolałem pozostać na progu. Czasami się zastanawiam, czy dobrze zrobiłem... Bo to nie jest ani tu, ani tam... Tak, nie jestem ani tam, ani tu... [...] Nie wiem nic o tajemnicach śmierci, Harry, bo wybrałem lichą imitację życia."
Zatem choć zawszę zdawało mi się, że zostanie duchem byłoby fantastycznym rozwiązaniem  to teraz mam wątpliwości. Bo przecież będąc duchem można patrzeć, można słyszeć, można myśleć, można mieć to co się miało, można wyglądać tak samo, można rozmawiać z ludźmi których się kochało za życia... ale czy można ich kochać po życiu? No jasne, że tak. Ale jeśli bycie duchem nie jest ani śmiercią ani życiem to czy jest to bycie wśród ludzi z zachowaniem części ludzkich cech; czy też odejście... gdzieś. Więc czy można wtedy kochać?
Chwilę po odbyciu tej rozmowy z Nick' iem Harry rozmawia z Luną.
"-Ten mężczyzna którego zabili śmierciożercy był twoim ojcem chrzestnym, prawda? - Harry kiwnął głową [...]
-Czy umarł ci ktoś bliski?
-Tak. Moja matka. [...] Od czasu do czasu wciąż jest mi smutno z tego powodu. Ale nadal mam tatę. No i nie jest tak, że już nigdy jej nie zobaczę, prawda?
-Ee... a  nie jest tak? - Potrząsnęła stanowczo głową -
-Och, daj spokój przecież ich słyszałeś, tam, za zasłoną? [...] W tej sali z kamiennym łukiem. Ich tylko nie było widać, ale ich słyszałeś. - Luna wierzyła w tak dziwaczne rzeczy... ale przecież on też słyszał jakieś głosy za tą kurtyną..."
Może i wierzyła w dziwaczne rzeczy, ale wierzyła.
Zawsze przerażała mnie myśl o tym co jest dalej. Co jest potem. Co jest po śmierci. Zobaczyłam ten obrazek i nie dość, że nie mogłam przestać płakać, to jeszcze dodało mi to tyle wiary i nadziei, taką nową perspektywę, której nigdy nie wzięłam pod uwagę. - Co jeśli po śmierci żyjemy dalej? Każdy w najszczęśliwszym miejscu swojego życia, właśnie z tym co za życia określił jako pełnię szczęścia, właśnie tak jak zawsze marzył... Może życie tu i teraz jest właśnie po to, żeby umrzeć i aby po śmierci ukształtowany już obraz szczęścia ukazał się nam w życiu po śmierci? To daje tyle nadziei i szczęścia... Wszystkie nie spełnione marzenia, które były tylko po to by coś w Twojej głowie dowiedziało się o czym marzysz. Które tylko dlatego się nie spełniły byś mógł być wreszcie szczęśliwy. Wreszcie nie myśleć o śmierci i po prostu znowu żyć. 
To trochę jak reinkarnacja, tylko że po śmierci nie budzisz się z innym sercem, umysłem i ciałem, ale ze swoim własnym - i ze swoimi wspomnieniami i świadomością... Można teraz nawet stwierdzić, że celem życia jest śmierć... A życie po to by umrzeć. Bo skoro śmierć oznacza życie w szczęściu...
Ale skoro... Każdy ma tam właśnie to co umiłował sobie za życia najbardziej, to znaczy to, że nie jest to naprawdę, bo przecież wizje największego szczęścia będą ze sobą dla wielu ludzi sprzeczne, a przeplatające się ich losy nie będą mogły współgrać w czymś co jest szczęściem dla jednego, a dla drugiego nie. Więc to tylko iluzja... Tylko sen... Ale czyż sny nie są najpiękniejsze na świecie gdy śnią nam się wspaniałe rzeczy..? Tak realne... nawet gdy abstrakcyjne to nigdy nie zastanawiamy się nad ich brakiem sensu. Ale... skoro największe szczęście mamy zyskać dopiero po śmierci i to w postaci snu... to może wcale nie jest to takie piękne... "Ależ oczywiście to dzieje się w Twojej głowie, tylko skąd, u licha, wniosek, że wobec tego nie dzieje się to naprawdę?"

czwartek, 24 października 2013

Wynik


No i proszę sobie wyobrazić Drodzy Czarodzieje i Czarownice, że po znalezieniu tego zdjęcia (w jakimś mugolskim czymś "facebook") postąpiłam zgodnie z instrukcjami. Okazało się, że litera którą wpisałam nie patrząc to "J" - zatem pierwsza mojego imienia. I co się okazało, po "kliknij 2x enter"? Że w przyszłości będę dążyć do nieśmiertelności i będę taka jak Voldemort". Tylko gra ale jednak ciekawe, że mając tyle możliwości zupełnie przypadkowo wyszło akurat tak.

piątek, 18 października 2013

Nowy Hogwart

- Profesorze Slughorn? Mamy przynieść te szczurze ogony? Tak? - Slughorn wciąż zdumiony dziwacznością Panny Lovegood nie był w stanie odpowiedzieć, więc tylko przytaknął machając ręką gdy skocznym krokiem odwróciła się, aby opuścić pomieszczenie. Nadchodziła pora obiadu, więc korytarze zaczęły się wypełniać uczniami ze wszystkich możliwych stron. "Muszą być bardzo głodni", pomyślała Luna gdy chyba 5ta osoba popchnęła ją w drodze do wielkiej sali. Nie było w tym nic nadzwyczajnego, że uczniowie zdawali się być niespokojni i przestraszeni, ale zawsze intrygowało to Lune w tym samym stopniu. Wszyscy gorączkowo pozajmowali swoje miejsca przy czterech długich  stołach. Nikt nie śmiał spojrzeć w kierunku stołu ciała pedagogicznego, przy którym główne miejsce zajmował Profesor Snape; dyrektor Hogartu. Jego prawą i lewą stronę okalało rodzeństwo Carrow'ów. Gdy sala zapełniła się co do ostatniego ucznia drzwi zatrzasnęły się uderzając o siebie i tworząc echo które zginęło gdzieś w przestrzeni jeszcze przed tym jak dyrektor zaczął wygłaszać swą codzienną mowę.
- Nie wielu z was wie z czym wiąże się prawdziwość czystej krwi. - Przerwał i podniósł się ze swojego "tronu" by kontynuować przechadzając się w tę i z powrotem. - Niemal każde z was ma w sobie mugolską krew. Szlamowatą skaze. Brudy. - przerwał monolog, by znaleźć odpowiednie słowa do opisania tego co chciał przekazać. - Tak nie wielu nas zostało prawdziwie czystych... A jednak siedzimy tu wszyscy. - Spojrzał teraz na zgromadzonych uczniów którzy wstrzymywali oddech obawiając się w każdej chwili najgorszego. - Czarny Pan tak dla nas łaskawy postanowił ocalić wasze nic nie warte istnienia. Mugole tak opanowali świat, że to my musimy się chować. Choć to przecież do nas należy potęga. To oni powinni chronić przed nami siebie i swe rodziny, nie my. - Jego głos był bezbarwny. Oczy jak zwykle zimne i puste nie wyrażały nic. Nie słyszało się ani wściekłości, ani wdzięczności, ani pocieszenia, czy zagrzewania do walki. - Nie pozwólcie, aby swoją plagę rozprzestrzeniali wśród was umniejszając waszą czarodziejskość. - Ostatnie słowa były jakby zaakcentowane jakimś jadem. Snape usiadł, a od stołu Ślizgonów dało się posłyszeć gromkie brawa. Reszta sali poszła w ślad za nimi nie chcąc by cisza obróciła się przeciwko nim. Na stołach pojawiło się jedzenie w które aż obfitował stół postawiony przy ścianie po lewej stronie od żelaznych drzwi wejściowych. Był to rzecz jasna stół Slytherinu, faworyzowany przez obecnie panujący reżim. Zwykle uczniowie pozostałych trzech domów przychodzili na obiad tak wcześnie jak im na to pozwalały zajęcia, aby zająć miejsca oddalone od stołu zajmowanego przez nauczycieli tak bardzo jak to tylko było możliwe. Luna (mimo tego, że przychodziła jako jedna z pierwszych osób) siadała blisko owego niezbyt mile widzianego tu stołu. Powodem były niejakie udka z kurczaka, które po prostu uwielbiała, a które zawsze pojawiły się właśnie po najmniej obłapianej przez Krukonów stronie stołu.
- Ponoć złapano matkę Marianny - szepnęła Merlina z posępną miną rozglądając się po stole do Ernesta siedzącego obok niej, który westchnął i pokręcił głową, co wyrażało jego dezaprobatę na taki bieg wydarzeń. Merlina zaczęła gmerać w nałożonej sobie na talerz papce, ale nic nie zjadła. Luna siedząca na przeciwko nie przestała jeść, ale rozejrzała się po stole tak jak to uprzednio zrobiła jej koleżanka. Istotnie Marianny tutaj nie było. Lune trochę to zasmuciło i również straciła ochotę do dalszej konsumpcji. Po chwili jednak uświadomiła sobie, że jej tym nie pomorze, więc zabrała się spokojnie do jedzenia.
Po obiedzie miała czas wolny i zdecydowała, że po przechadza się po zamku. Miała cichą nadzieję, że nawet uda się jej zgubić! Uwielbiała miejsca w których można się zgubić; a zwłaszcza takie które znało się od dobrych paru lat, a mimo to nie udało się jeszcze poznać. Już parę razy zgubiła się w Hogwarcie, jednak zawsze znajdowała jakąś drogę prowadzącą do znajomego miejsca. Teraz postanowiła zgubić się naprawdę. Zgubić się tak, by z kompletną dezorientacją szukać powrotu niczym po omacku. Udała się zatem w bliżej nie określonym kierunku, a jej skoczny krok sprawiał, że torba przewieszona przez ramię brzęczała i opadała ciężko w dół wraz z każdym tąpnięciem. Lunie zdawało się to w ogóle nie przeszkadzać. Zaczęła coś sobie nucić pod nosem. Nigdy nie nuciła znanych melodii. Nie słuchała muzyki, więc też skąd miałaby jakąkolwiek znać. Nie, zawsze melodia układała się sama wypływając spod jej strun głosowych niczym z dawna wyczekiwany trans.

środa, 9 października 2013

Kościół na Harry'ego Potter'a

Słowo "egzorcyzm" pochodzi od słowa "exorciso" oznaczającego "zaklinać". Co robić? - zaklinać. Co? - zaklęcie. Czyżby zaklęcia kościoła..?