Dzisiejszy poranek był wyjątkowy. Był tak wyjątkowy, że aż cudowny! (Bo to właśnie dzisiaj wszystko się uda).
Nie zeszliśmy na śniadanie - prawdę mówiąc mijałoby się to z celem, ponieważ (wg naszego planu) wszyscy myślą, iż w niedzielny owiany chłodnym wiatrem poranek chcemy po prostu odpocząć. Teraz w "odpoczynku" przerwała nam Eugis - szóstoroczna puchonka.
- Ej, słuchaj Joiselle, jakiś ślizgon się dobija do naszego pokoju wspólnego i mówi, że chcę z Tobą porozmawiać. - Trochę mnie to zdziwiło, bo po co ktoś miałby coś ode mnie chcieć?!
- Dzięki Eg - uśmiechnęłam się, a dziewczyna wyszła z sypialni tupiąc głośno po schodach.
- Sprawdź o co chodzi i przychodź szybko. Nie mamy chwili do stracenia. - powiedziała Praxe upominającym tonem, ale uśmiechnęła się.
- Jasne - odparłam krótko i wybiegłam jak zwykle nie zamykając za sobą drzwi, które Praxeades zamykała z trzaskiem owładnięta jakąś manią tajności. Zbiegłam po schodkach wciągając na siebie szatę w międzyczasie i usłyszałam walenie pięściami w wejście do pokoju wspólnego Hufflepuff. Otworzyłam przejście a do pokoju wpadł Carl (Catnor). Zaczęłam się z niego złośliwie śmiać, a ten wstał naburmuszony i otrzepał się (jakby niby było z czego...).
- Słuchaj Joiselle... jest taka sprawa, że wy teraz wyruszacie, nie..?
- No... a Ty skąd o tym wiesz..? - starałam się, żeby mój głos nie był przesiąknięty wściekłością i z dumą przyznaję, że udało mi się to nawet perfekcyjnie.
- Jak widać jestem lepszy w śledzeniu niż Ty - uśmiechnął się przebiegle, po czym dodał - i podsłuchiwaniu - wyszczerzył zęby, co trochę mnie rozśmieszyło, ale wolałam nie dać tego po sobie poznać, więc prychnęłam.
- No i? - trochę jestem nie szczególnie cierpliwa, no, ale ile można?!
- No i... - podchwycił Carl - chcę się wybrać z wami. - Szczerze mówiąc, to stwierdzenie tak mną wstrząsnęło i tak mnie zadziwiło, że przez dłuższą chwilę nie miałam pojęcia co odpowiedzieć. Potem się zaśmiałam, a ten się naburmuszył (tak, racja - jak mój pekińczyk). - Co?! Dlaczego nie?
- Słuchaj... - podtrzymałam się fotela, żeby nie upaść ze śmiechu - to bardzo fajjjjnie i w ogóle, ale po pierwsze: dlaczego, po drugie: przecież Cię nie znamy, a po trzecie: o co Ci człowieku chodzi?! - jego mina wyrażała chyba... zakłopotanie.
- Bo nie chcę być kolejnym szarym uczniem Hogwartu, bo nie chcę, by kojarzono mnie ze śmierciożercami tylko dlatego, że jestem w Slytherin'ie, bo nie mam zamiaru stać i czekać. - chciałam wyrazić swoje zdanie, ale on nie przerywał. - A... o co mi chodzi..? - zwolnił tępo mówienia i uśmiechnął się szyderczo - mam dla was coś bardzo interesującego, informacje, fakt, który dla 2ki z waszej paczki przyjaciół będzie najistotniejszym faktem jaki dotąd poznali.
- Dlaczego nie możesz, wiec powiedzieć teraz..? - teraz to on się roześmiał. Dopiero teraz widzę, jak taki śmiech denerwuję.
- Nie wzięli byście mnie ze sobą, gdybym nie miał czym wam zapłacić. A tak mam coś bardzo drogocennego. - zamilkł, ale chyba tylko po to by zbudować napięcie - Prawdę...
- Skąd mamy wiedzieć, że nie kłamiesz? - to było jedyne rozsądne pytanie które przyszło mi w tej chwili na myśl. Carl znów się roześmiał
- Moja droga... nic nie stracicie biorąc mnie ze sobą, a możecie coś zyskać. - Uśmiechnął się zawadiacko, po czym dodał - Choć radziłbym raczej mi zawierzyć... - I uśmiechnął się ponownie uśmiechem, który w ów czas jeszcze nic mi nie mówił.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz