czwartek, 25 lipca 2013

Dziób na kłódkę

Dowiedzieliśmy się w jakiś cudny sposób, że kolega taty mamy cioci siostry wuja  taty jakiegoś chłopaka ze Slytherin'u pracuje w zakładzie badań świergotników. (Jeśli ktoś nie zrozumiał to...: Jakiś chłopak ze Slytherin'u ma ojca, ten ojciec ma wuja a ten wuj siostrę, której ciocia ma matkę, a ojciec tej matki - dziadek cioci ma kolegę, który pracuję  w zakładzie badań nad świergotnikami. czy jakoś tak). Zresztą co za różnica? Najważniejsze, że się tego dowiedzieliśmy. Bardziej interesującą rzeczą jest to jak się tego dowiedzieliśmy. Zatem było to tak...
Gdy przesiadywaliśmy w bibliotece szukając pożytecznych informacji o świergotnikach natrafiliśmy na artykuły z Poroka Codziennego w którym jeden z nich opisywał "Zakład badań nad świergotnikami bankrutuje! Teraz pracuje tam jeden człowiek Arnold Darsdbrith." Zaczęliśmy szukać informacji o tym człowieku. Udało nam się dowiedzieć z archiwalnych Proroków Codziennych, że nie ma rodziny, bo wszyscy powymierali na smoczą ospę. Czyli szukać dojścia po rodzinie nie było jak. Zaczęliśmy szukać po znajomych. I raz przeczytaliśmy, w jakimś artykule, że ten oto facet wraz ze swoim wieloletnim przyjacielem Sandersem Cantorem wynaleźli jakiś eliksir. To nazwisko było mi dobrze znane... Tak! To ten na którego omal nie wpadłam grając w Quidditha! To znaczy nie ten konkretny tylko jakiś jego potomek! Przejrzeliśmy księgi linii czystej krwi i dowiedzieliśmy się, że Barnabas Cantor ze Slytherinu rzeczywiście jest potomkiem tamtego gościa który przyjaźni się z tym od świergotników.
Jak zwykle zatrudniono mnie do brudnej roboty... Mam dowiedzieć się jakoś od Cantora jak dostać się do tego tamtego gostka. I tu cały plan się walił...
Po śniadaniu podeszłam do stołu Slytherinu, ale żeby nie było nie po to żeby pogadać z Cantorem, tylko po to żeby dzień w dzień obserwować go i wyczaić kiedy jest sam, bo przypominam - w nasz niecny plan chcemy wtajemniczyć jak najmniejszą możliwą ilość osób.
*********************************************************
Trochę to potrwało zanim się udało, ale się udało. Raz po kolacji śledziłam jak co dzień Cantora i po tajemnie skręciłam za nim w pusty korytarz po tym jak powiedział swoim kumplom żeby go zostawili, bo ma tam coś do zrobienia. Szedł tak przez dobre parę minut korytarzem który widziałam po raz I w życiu aż nagle zatrzymał się i nieoczekiwanie z niezwykłą szybkością odwrócił się widząc mnie. Nie miałam najmniejszych szans na ukrycie się, więc też się nie ukryłam.
- Dlaczego od ponad tygodnia mnie śledzisz? - zapytał głosem łagodnym  lecz zbyt stanowczym zbliżając się do mnie ze złowrogim spojrzeniem.
- Aż tak łatwo było mnie zobaczyć? - zapytałam zestresowana i naprawde kompletnie zdezorientowana.
-Jeśli jest się ścigającym nie jest to takie trudne. - Powiedział Cantor, który zbirzył się do mnie już na tyle, że zaczęłam się cofać. Nic fajnego. 6-to klasista, wkurzony 6-to klasista który chce mi przywalić jakimś okropnym zaklęciem ( tak przynajmniej myślałam). - No to czemu mnie śledzisz, co?
-Chcę... no, bo... ja... ten... - Nie mogłam cofać się już dalej, bo właśnie oparłam się o ścianę. - Mam do ciebie prośbę.
- Śledzisz mnie, bo masz do mnie prośbę? - zapytał Cantor pytając podejrzliwie i przybierając bardzo groźny wyraz twarzy. Nagle jednak wezbrała we mnie zupełnie nieoczekiwana odwaga i stanęłam prosto, uśmiechnęłam się zdecydowanie i powiedziałam:
-Tak, Cantor, mam do ciebie prośbę. Śledziłam cię, bo chciałam pogadać z tobą kiedy będziesz sam. Pytanie które chcę ci zadać jest bardzo, ale to naprawdę bardzo tajne, więc nikt inny nie mógł o tym wiedzieć. Dla tego przyrzeknij, że nikomu o tym nie powiesz. Jeśli musisz wiedzieć mamy bardzo szczytny cel a ty musisz nam pomóc w jego realizacji. Nie pognębi cie to, ani nie zgorszy, tylko proszę pomóż nam. -  Uśmiechnęłam się jeszcze raz, a Cantor kompletnie złagodniał. Uśmiechną się i oparł ramieniem o ścianę zaplatając nogi.
- Mów mi Carl. - Uścisnął mi rękę.
- Joiselle (czyt. Żłazel). Słuchaj mógłbyś mi załatwić dziób świergotnika? - Jego reakcja była do przewidzenia.
- A skąd ja ci mam na brodę Merlina wziąć świergotnika??!! - opowiedziałam mu więc o tym jego dziadku i przyjacielu czy coś takiego i wtedy załapał. Gdy dowiedział się, że chcemy uratować przyjaciół postanowił nam pomóc. Wysłał list do kogo trzeba i dostał sproszkowany dziób świergotnika.  Wreszcie skończyliśmy ważyć Feliks Felicis i można było zacząć działać.

Ciekawostka: Z tak wielu składników powstaje jedna mała buleteczka eliksiru! Dziwactwo...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz