czwartek, 25 lipca 2013

Knucie planu

Od czasu gdy profesor Lourd odjęła nam punkty minęło (tak mi się przynajmniej zdaje) całkiem sporo czasu. Niestety mimo jego upływu nie udało nam się dostać do biblioteki za okazaniem pozwolenia od któregoś z nauczycieli na wypożyczenie książki z działu ksiąg zakazanych - bo takiego nie posiadaliśmy. Z tego co udało nam się dowiedzieć od rozmowniejszych nauczycieli, starszych uczniów i duchów; książka która zawiera interesujące nas informacje jest w dziale ksiąg zakazanych, do których dostęp ma się po okazaniu bibliotekarce kwitka zezwalającego na wypożyczenie konkretnej książki. Taki kwitek można otrzymać wyłącznie od uczących nas nauczycieli, a jak na razie żaden z tych rozmowniejszych nauczycieli nam go nie dał. co gorsza większości nie chcieliśmy o to pytać, bo jeśli na samą wzmiankę o tej książce patrzą się na nas podejrzliwie z ukosa, rzucają uwagę o dziale ksiąg zakazanych i dając nam tym samym jasno do zrozumienia, że od nich pozwolenia nie dostaniemy, to aluzja wydaje mi się dość jasna.
Zatem od kilku tygodni stoimy w miejscu, w kropce, w zawieszeniu, w martwym punkcie...chyba, że...
-Opracujemy nowy genialny plan! - wszedł mi w słowo (jak to miał w zwyczaju) Maurice. Pomysł ten był całkiem sensowny (bo mój rzecz jasna :D). -Musimy skonstruować taki pomysł jakie nikt i nic nie będzie wstanie obalić nawet najznamienitszym umysłem. Taki pomysł, którego nie domyślił by się nawet sam Dumbledore! - Maurice jak widzę twardo dążył przed siebie w przekonaniu lub raczej jakiejś żądzy która go ogarnęła, żądzy prawdy. Dumbledor był ostatnio osobą często pojawiającą się w naszych rozmowach dotyczących kolejnych nowatorskich działań.
-I wydaje mi się, że już nawet wiem co zrobić... - powiedziałam mrużąc przebiegle oczy i robiąc do innych złośliwą minę mającą oznaczać to, iż mój plan jest tak niesamowicie przebiegły (bo trzeba wykiwać nauczycieli i szkolny regulamin) jak jeszcze nie był żaden...
****************************************************
Następnego dnia z samego rana poszliśmy jak najszybciej do wielkiej sali, by jeszcze szybciej zjeść śniadanie i pójść wraz z profesorem Slughornem zbierającym jak co weekend grupę zmierzającą do biblioteki.
-Spis...spis...spis... - mruczała pod nosem, swym śpiewnym głosem Praxedes podczas szukania książki będącej spisem wydanych w ostatnim tysiącleciu ksiąg o eliksirach. - Nie możemy po prostu spytać się pani Pince?
-Nie! - omal krzyknęłam - Plan polega na tym, by nikogo nie wcielać w nasze działania! Nikogo!
-Dobra, dobra, rozumiem... - powiedziała Praxedes po czym znów zajęła się mruczeniem i wodzeniem palcem po grzbietach książek. Gdy nagle Modesta pisnęła:
-Mam! Jest tutaj! - Po czym pokazała nam gruby tom oprawiony w kartonową, granatową okładkę.
cały dzień siędzieliśmy w bibliotece szukając książki która opisywała by przepis na...
-Felix Felicis! Mam go!
-Gdzie?
-W książce "157 receptur na szczęście". - Spojrzeliśmy na siebie załamanym wzrokiem. Była to książka którą Slughorn trzymał pod kluczem, a w bibliotece nie było jej wcale - sprawdziliśmy. Jedynym sposobem byłby zakup jej przez sowią pocztę wysyłkową, ale to budzi podejrzenia...
Maurice nachylił się do nas, żebyśmy mogli usłyszeć jak szepce:
-Musimy zakraść się do Slughorna...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz