-Słyszeliście co mówi McGonagall? - zapytała Praxedes po tym jak McGonagall zakończyła swoją poranną i zagadkową przemowę.
-Tak. - odpowiedziałam - To nieco dziwne nie?
-Dlaczego niby śmierciożercy mieliby nas szukać w Wielkiej Sali? - dokończył moją myśl Maurice. - I dlaczego jesteśmy bezpieczniejsi w swoich dormitoriach niż w jakiej kolwiek innej części Hogwartu?
-Przecież McGonagall wcale tak nie powiedziała... - Powiedział Candidius marszcząc brwi jakby próbował sobie zawzięcie przypomnieć każde wypowiedziane przez dyrektorkę słowo w ostatnich 5-ciu minutach. Fakt Candidius był prefektem, ale nie odznaczał się nadmierną bystrością umysłu.
Modesta rozgorączkowała się nadmierną głupotą kolegi i powiedziała:
-Candidius, ptasi móżdżku! Nam nie chodzi o to, że powiedziała to dosłownie! Chodzi o to, że zaprzeczyła wszystkiemu oprócz tego, zatem jednocześnie potwierdziła to o czym przed chwilą powiedział Maurice! - I po chwili namysłu dodała: - I pomyślała Joiselle... - zapewne zdziwiłoby każdego: skąd Modesta wiedziała, że o tym pomyślałam? A, już wyjaśniam; zatem jest to tak, że to co ja myślę, to Maurice mówi i odwrotnie. Tak już poprostu jest od dobrych kilku lat od których jesteśmy zgraną (mniej lub bardziej) paczką fantastycznych przyjaciół.
Gdy Wielka Sala opustoszała stwiedziliśmy, że też należało by ją opuścić. W pierwszej kolejności chcieliśmy udać się do pokoju wspólnego, wraz z grópą puchonów opuszczającą Wielką Salę pod przewodnictwem profesora Longbottoma. Plany nasze przybrały jednak nieco inny kształt gdy Praxedes złapała mój rękaw, ja w przypływie chęci uratowania się przed bliższym spotkaniem z kamienną posadzką złapałam za rękaw Candidiusa, on za rękaw Maurice'a a ten pociągnął za sobą Modeste. Rezultat nie był zachwycający. Celem Praxedes było jak się spodziewam zatrzymanie nas by zwrócić naszą uwagę i powiedzieć coś tajemniczego na co wszyscy z niecierpliwością wyczekiwali, jednak w ułamku sekundy wszyscy pięcioro leżeliśmy plackiem na podłodze.
-Co Ci odbiło? - zapytałam Prexedes rozcierając bolący łokieć. - Przestań się wydurniać i lepiej chodźmy zanim pomyślą, że się wystawiamy na pewną śmierć zostając w tyle!
-Chciałam tylko powiedzieć wam, że moglibyśmy pójść do biblioteki i poczytać o magicznych (jeśli takie są) właściwościach dormitoriów. - Powiedziała Praxedes sycząc przy tym głośno z bólu i trzymając kurczowo obite kolano. - A poza tym cała ta sprawa śmierdzi mi jakimś spis...
-A co wy tu robicie? - wcięła jej się w zdanie profesor Lourd patrząc na nas przymróżonymi, definitywnie zbyt podejżliwymi oczami.
-Prze...wróciliśmy się! - prawie krzyknął Candidius.
-To widzę. - powiedziała lodowatym tonem Lourd. - Pytam dlaczego odłączyliście się od grópy z którą jak mniemam szliście i dlaczego rozmawiacie sobie na środku korytarza jakby nigdy nic zamiast dogonić nauczyciela z którym szliście lub jak najszybciej wrócić do Wielkiej Sali, hmmm? - po kłopotliwej chwili ciszy która zapadła gdy nasza piątka próbowała coś wymyślić w rozpaczliwym przypływie przerażenia Lourd znów odezwała się swoim lodowatym iroicznym głosem (lub raczej jego tonem). - A może coś knujemy, co? Może planujemy jakiś spisek? Może mała ucieczka, żeby to pokazać innym jacy to z nas mali bohaterzy? - te ostatnie słowa Lourd wypowiedziała chrapliwym głosem, tak, że teraz już kompletnie przypominała Snape'a. Tak prawdę mówiąc to ona zawsze przypomina Snape' a... tyle, że teraz bardziej. Profesor Lourd uczy astronomii, jest latynoską, a jej brązowe włosy wydają się jaśnieć na tle głęboko czarnych oczu. Jestem pewna, że gdyby próbowali jej kiedyś zbadać serce okazało by się , że go nie ma...
-Przewróciliśmy się idąc wraz z profesorem Longbottomem i poobijaliśmy się o jak zapewne pani widzi kamienną posadzkę - tu Modesta pokazała ręką na podłogę pod sobą. - potem łączyliśmy się w cierpieniu po tym nie fortunnym wypadku który nas spotkał i zaczęliśmy rozmawiać żeby nie myśleć o tym jak cholernie jesteśmy poszkodowani. - Modesta mówiła to nieco głośniejszym tonem i oddzielając dokładnie jedno słowo od drugiego jakby mówiła do osoby niespełna rozumu. Oczy profesor Lourd zwęziły się tak, że nikt normalny nie widział by nic przez pozostawione między powiekami szparki, ona jednak miała złowrogi wzrok jastrzębia i widziała aż nazbyt dobrze jak piątka przyjaciół tryumfuje drwiąc sobie ze znienawidzonej nauczycielki.
- Aha... no dobrze... - powiedziała profesor Lourd z rozlazłym, oślizgłym i nie wróżącym niczego dobrego uśmiechem. - Zatem odejmuje Hufflepuff'owi po 10 punktów za każdego z was tutaj - wskazała palcem na mnie, Candidiusa, Praxedes i Maurice'a - oraz 50 punktów odjęte Slytherin'owi za Panne Rawl, z powodu; jak i poprzedni delikwęci nieprzepisowego włuczenia się po korytarzach, a także z powodów okazanej bezczelności i używania wulgarnego słownictwa względem nauczyciela. - Lourd uśmiechnęła się przebiegle, na co Modesta (jej nazwisko to Rawl) odparła zadowolona:
- I bardzo dobrze! - po czym prędko podniosła się ciągnąc nas za sobą by jak najszybciej odejść z tego miejsca zanim Lourd da jej szlaban. Następnie tuż przed skręceniem w następny korytarz Modesta rzuciła Lourd ostatnie mściwe spojrzenie znikając wraz z nami za rogiem.
Teraz chciała bym przybliżyć wam nieco postacie moich przyjaciół... i mnie.
Joiselle Burton (ja) jest czarownicą czystej krwi, lecz jednak wychowanką Hufflepuff' a. Pasjonuje się smokami, lubi jeść i nie cierpi się uczyć. Jej imię jest nazwą Francuskiego miasteczka: Joiselle. Nazwe tą, zarówno jak i imię czyta się 'żłazel'. Skąd pomysł na takie dziwne imię? Otóż moja mama koniecznie chciała mi nadać francuskie imię, natomiast tata nieustępliwie chciał dać mi na imię Giselle. Doszło do kompromisu na skutek czego mam imię przypominające sformułowanie "Szła ser" - co jest zupełnie nie poprawne, wiem, ale prawdą jest, że przypomina.
Modesta Rawl... choć jest uczennicą Slytherin'a, (co w wielu wzbudza powód do przechwałek) jest naprawdę super! A na dodatek jak cała reszta szkoły, zdroworozsądkowo twierdzi, że Slytherin jest czymś plugawym, co nie ma prawa do istnienia. Próbuje odizolować się od Slytherin' a na tyle na ile to możliwe; siadając przy stole Hufflepuff'a w Wielkiej Sali, spędzając przerwy w towarzystwie puchonów, kibicując puchonom podczas meczów, czy wolny czas spędzając w dormitorium Hufflepuff'a. Zatem trudno byłoby nie uznać jej za puchonke którą propo przeciwności losu nie jest. To pewnie jeden z tych nie wielu przypadków w których Tiara Przydziału dokonuje niewłaściwego wyboru... Modesta jest osobą oschłą gdy się robi coś nie tak jak ona chcę, czyli po prostu gdy się jej przeszkadza. Jest natomiast bardzo uczciwa, współczująca i pomocna na co dzień. Odznacza się także tą tak zwaną "bystrością umysłu".
Praxedes Owlon, zwana przez nas często Sową (nazwisko Praxedes to OWLon, 'Owl' to po angielsku 'Sowa') zarówno jak ja jest uczennicą Hufflepuff'a. Jest charłakiem (jeśli ktoś nie wie kto to jest charłak: ktoś kogo rodzice są czarodziejami, ale ten ktoś nie ma zdolności magicznych). Jest czystej krwi czarownicą, a jej rodzice są prawdziwie pohańbieni tym, że ich córka jest uczennicą domu do którego trafiają ci których nie chcą nigdzie indziej (jak pewnie nie trudno się domyślić jej rodzina od pokoleń była w Slytherin' ie).
Maurice Jank, uczeń Hufflepuff' a rzecz jasna, choć jest uczniem Hogwartu dopiero od trzech lat, ale tak jak my wszyscy ma 15 lat i jest uczniem piątej klasy. Jak to możliwe? We wszystkich czarodziejskich szkołach dzieci uczęszczają do nich od 11 roku życia i kończą szkołę mając 17 lat. Maurice I i II rok nauki spędził w Magter, czyli duńskiej szkole magii i czarodziejstwa. Gdy zmarł jego ojciec matka bez grosza przy duszy przeprowadziła się wraz z synem do swoich jedynych żyjących krewnych, którzy mieszkają w Szkocji. Maurice jest jak sądzę najnormalniejszym człowiekiem jakiego znam: nie uczy się źle ani wybitnie, nie ma wyjątkowo wygórowanej kultury lub wyrobionego hamstwa, nie ma dziwnych przyzwyczajeń, nawyków itp. jest po prostu normalny.
Candidius Prency jest kujonem, prefektem, trochę nieobecnym, wzorowym uczniem; gotowym poświęcić to wszystko dla przyjaciół. Jest także uczniem Hufflepuff' a. Przyjaźń jest dla niego najważniejszą rzeczą na świecie, dlatego, że gdy był mały osobą najbliższą jego sercu była babcia. Babcia która powtarzała mu często jak tylko mogła, że trzeba się pilnie uczyć i szanować tych którzy nas nauczają, ale pamiętać, że przyjaźni nie zdobywa się na zawołanie... trzeba ją znaleźć, dopracować, rozwijać i troszczyć się o jej dobra, uważać ją za najważniejsze co człowieka w życiu spotyka. A kiedy będą momenty, że przyjaźń stoi w sprzeczności z wiedzą i szacunkiem do innych to wybrać przyjaźń, bo drugi raz możemy nie dostać takiej okazji jak najszczersze jej oblicze...
-Tak. - odpowiedziałam - To nieco dziwne nie?
-Dlaczego niby śmierciożercy mieliby nas szukać w Wielkiej Sali? - dokończył moją myśl Maurice. - I dlaczego jesteśmy bezpieczniejsi w swoich dormitoriach niż w jakiej kolwiek innej części Hogwartu?
-Przecież McGonagall wcale tak nie powiedziała... - Powiedział Candidius marszcząc brwi jakby próbował sobie zawzięcie przypomnieć każde wypowiedziane przez dyrektorkę słowo w ostatnich 5-ciu minutach. Fakt Candidius był prefektem, ale nie odznaczał się nadmierną bystrością umysłu.
Modesta rozgorączkowała się nadmierną głupotą kolegi i powiedziała:
-Candidius, ptasi móżdżku! Nam nie chodzi o to, że powiedziała to dosłownie! Chodzi o to, że zaprzeczyła wszystkiemu oprócz tego, zatem jednocześnie potwierdziła to o czym przed chwilą powiedział Maurice! - I po chwili namysłu dodała: - I pomyślała Joiselle... - zapewne zdziwiłoby każdego: skąd Modesta wiedziała, że o tym pomyślałam? A, już wyjaśniam; zatem jest to tak, że to co ja myślę, to Maurice mówi i odwrotnie. Tak już poprostu jest od dobrych kilku lat od których jesteśmy zgraną (mniej lub bardziej) paczką fantastycznych przyjaciół.
Gdy Wielka Sala opustoszała stwiedziliśmy, że też należało by ją opuścić. W pierwszej kolejności chcieliśmy udać się do pokoju wspólnego, wraz z grópą puchonów opuszczającą Wielką Salę pod przewodnictwem profesora Longbottoma. Plany nasze przybrały jednak nieco inny kształt gdy Praxedes złapała mój rękaw, ja w przypływie chęci uratowania się przed bliższym spotkaniem z kamienną posadzką złapałam za rękaw Candidiusa, on za rękaw Maurice'a a ten pociągnął za sobą Modeste. Rezultat nie był zachwycający. Celem Praxedes było jak się spodziewam zatrzymanie nas by zwrócić naszą uwagę i powiedzieć coś tajemniczego na co wszyscy z niecierpliwością wyczekiwali, jednak w ułamku sekundy wszyscy pięcioro leżeliśmy plackiem na podłodze.
-Co Ci odbiło? - zapytałam Prexedes rozcierając bolący łokieć. - Przestań się wydurniać i lepiej chodźmy zanim pomyślą, że się wystawiamy na pewną śmierć zostając w tyle!
-Chciałam tylko powiedzieć wam, że moglibyśmy pójść do biblioteki i poczytać o magicznych (jeśli takie są) właściwościach dormitoriów. - Powiedziała Praxedes sycząc przy tym głośno z bólu i trzymając kurczowo obite kolano. - A poza tym cała ta sprawa śmierdzi mi jakimś spis...
-A co wy tu robicie? - wcięła jej się w zdanie profesor Lourd patrząc na nas przymróżonymi, definitywnie zbyt podejżliwymi oczami.
-Prze...wróciliśmy się! - prawie krzyknął Candidius.
-To widzę. - powiedziała lodowatym tonem Lourd. - Pytam dlaczego odłączyliście się od grópy z którą jak mniemam szliście i dlaczego rozmawiacie sobie na środku korytarza jakby nigdy nic zamiast dogonić nauczyciela z którym szliście lub jak najszybciej wrócić do Wielkiej Sali, hmmm? - po kłopotliwej chwili ciszy która zapadła gdy nasza piątka próbowała coś wymyślić w rozpaczliwym przypływie przerażenia Lourd znów odezwała się swoim lodowatym iroicznym głosem (lub raczej jego tonem). - A może coś knujemy, co? Może planujemy jakiś spisek? Może mała ucieczka, żeby to pokazać innym jacy to z nas mali bohaterzy? - te ostatnie słowa Lourd wypowiedziała chrapliwym głosem, tak, że teraz już kompletnie przypominała Snape'a. Tak prawdę mówiąc to ona zawsze przypomina Snape' a... tyle, że teraz bardziej. Profesor Lourd uczy astronomii, jest latynoską, a jej brązowe włosy wydają się jaśnieć na tle głęboko czarnych oczu. Jestem pewna, że gdyby próbowali jej kiedyś zbadać serce okazało by się , że go nie ma...
-Przewróciliśmy się idąc wraz z profesorem Longbottomem i poobijaliśmy się o jak zapewne pani widzi kamienną posadzkę - tu Modesta pokazała ręką na podłogę pod sobą. - potem łączyliśmy się w cierpieniu po tym nie fortunnym wypadku który nas spotkał i zaczęliśmy rozmawiać żeby nie myśleć o tym jak cholernie jesteśmy poszkodowani. - Modesta mówiła to nieco głośniejszym tonem i oddzielając dokładnie jedno słowo od drugiego jakby mówiła do osoby niespełna rozumu. Oczy profesor Lourd zwęziły się tak, że nikt normalny nie widział by nic przez pozostawione między powiekami szparki, ona jednak miała złowrogi wzrok jastrzębia i widziała aż nazbyt dobrze jak piątka przyjaciół tryumfuje drwiąc sobie ze znienawidzonej nauczycielki.
- Aha... no dobrze... - powiedziała profesor Lourd z rozlazłym, oślizgłym i nie wróżącym niczego dobrego uśmiechem. - Zatem odejmuje Hufflepuff'owi po 10 punktów za każdego z was tutaj - wskazała palcem na mnie, Candidiusa, Praxedes i Maurice'a - oraz 50 punktów odjęte Slytherin'owi za Panne Rawl, z powodu; jak i poprzedni delikwęci nieprzepisowego włuczenia się po korytarzach, a także z powodów okazanej bezczelności i używania wulgarnego słownictwa względem nauczyciela. - Lourd uśmiechnęła się przebiegle, na co Modesta (jej nazwisko to Rawl) odparła zadowolona:
- I bardzo dobrze! - po czym prędko podniosła się ciągnąc nas za sobą by jak najszybciej odejść z tego miejsca zanim Lourd da jej szlaban. Następnie tuż przed skręceniem w następny korytarz Modesta rzuciła Lourd ostatnie mściwe spojrzenie znikając wraz z nami za rogiem.
Teraz chciała bym przybliżyć wam nieco postacie moich przyjaciół... i mnie.
Joiselle Burton (ja) jest czarownicą czystej krwi, lecz jednak wychowanką Hufflepuff' a. Pasjonuje się smokami, lubi jeść i nie cierpi się uczyć. Jej imię jest nazwą Francuskiego miasteczka: Joiselle. Nazwe tą, zarówno jak i imię czyta się 'żłazel'. Skąd pomysł na takie dziwne imię? Otóż moja mama koniecznie chciała mi nadać francuskie imię, natomiast tata nieustępliwie chciał dać mi na imię Giselle. Doszło do kompromisu na skutek czego mam imię przypominające sformułowanie "Szła ser" - co jest zupełnie nie poprawne, wiem, ale prawdą jest, że przypomina.
Modesta Rawl... choć jest uczennicą Slytherin'a, (co w wielu wzbudza powód do przechwałek) jest naprawdę super! A na dodatek jak cała reszta szkoły, zdroworozsądkowo twierdzi, że Slytherin jest czymś plugawym, co nie ma prawa do istnienia. Próbuje odizolować się od Slytherin' a na tyle na ile to możliwe; siadając przy stole Hufflepuff'a w Wielkiej Sali, spędzając przerwy w towarzystwie puchonów, kibicując puchonom podczas meczów, czy wolny czas spędzając w dormitorium Hufflepuff'a. Zatem trudno byłoby nie uznać jej za puchonke którą propo przeciwności losu nie jest. To pewnie jeden z tych nie wielu przypadków w których Tiara Przydziału dokonuje niewłaściwego wyboru... Modesta jest osobą oschłą gdy się robi coś nie tak jak ona chcę, czyli po prostu gdy się jej przeszkadza. Jest natomiast bardzo uczciwa, współczująca i pomocna na co dzień. Odznacza się także tą tak zwaną "bystrością umysłu".
Praxedes Owlon, zwana przez nas często Sową (nazwisko Praxedes to OWLon, 'Owl' to po angielsku 'Sowa') zarówno jak ja jest uczennicą Hufflepuff'a. Jest charłakiem (jeśli ktoś nie wie kto to jest charłak: ktoś kogo rodzice są czarodziejami, ale ten ktoś nie ma zdolności magicznych). Jest czystej krwi czarownicą, a jej rodzice są prawdziwie pohańbieni tym, że ich córka jest uczennicą domu do którego trafiają ci których nie chcą nigdzie indziej (jak pewnie nie trudno się domyślić jej rodzina od pokoleń była w Slytherin' ie).
Maurice Jank, uczeń Hufflepuff' a rzecz jasna, choć jest uczniem Hogwartu dopiero od trzech lat, ale tak jak my wszyscy ma 15 lat i jest uczniem piątej klasy. Jak to możliwe? We wszystkich czarodziejskich szkołach dzieci uczęszczają do nich od 11 roku życia i kończą szkołę mając 17 lat. Maurice I i II rok nauki spędził w Magter, czyli duńskiej szkole magii i czarodziejstwa. Gdy zmarł jego ojciec matka bez grosza przy duszy przeprowadziła się wraz z synem do swoich jedynych żyjących krewnych, którzy mieszkają w Szkocji. Maurice jest jak sądzę najnormalniejszym człowiekiem jakiego znam: nie uczy się źle ani wybitnie, nie ma wyjątkowo wygórowanej kultury lub wyrobionego hamstwa, nie ma dziwnych przyzwyczajeń, nawyków itp. jest po prostu normalny.
Candidius Prency jest kujonem, prefektem, trochę nieobecnym, wzorowym uczniem; gotowym poświęcić to wszystko dla przyjaciół. Jest także uczniem Hufflepuff' a. Przyjaźń jest dla niego najważniejszą rzeczą na świecie, dlatego, że gdy był mały osobą najbliższą jego sercu była babcia. Babcia która powtarzała mu często jak tylko mogła, że trzeba się pilnie uczyć i szanować tych którzy nas nauczają, ale pamiętać, że przyjaźni nie zdobywa się na zawołanie... trzeba ją znaleźć, dopracować, rozwijać i troszczyć się o jej dobra, uważać ją za najważniejsze co człowieka w życiu spotyka. A kiedy będą momenty, że przyjaźń stoi w sprzeczności z wiedzą i szacunkiem do innych to wybrać przyjaźń, bo drugi raz możemy nie dostać takiej okazji jak najszczersze jej oblicze...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz